Warning: file_get_contents(http://hydra17.nazwa.pl/linker/paczki/pod-nauka.szczytno.pl.txt): failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/server154327/ftp/paka.php on line 5
- Jesteś potworem - powiedziała cicho. - Montgomery ma rację. Jesteś

– Cholerny sędzia. – Abe ugryzł potężny kęs kanapki.

rozsądkowi, że jednak przeżyła upadek. Od tego momentu nikt jej nie widział.
Wynurzyła się w tej samej chwili co porywaczka, wysunęła ręce spomiędzy prętów,
– Nie ruszaj się – burknął do Bentza. Dłoń z pistoletem nawet nie drgnęła. – Póki tego nie
Kilka metrów dalej, na tyle blisko, żeby uważać ich za żałobników, ale jednocześnie na tyle daleko, żeby podkreślić swoją odrębność, stali Biscayne’owie. Sugar, Dickie Ray i Cricket. Wszyscy ubrani w najlepsze ciuchy. Montgomery chętnie wyparliby się pokrewieństwa, ale twarze nieprawowitych wnuków Benedicta wyraźnie świadczyły o jego zdradzie - geny dziadka odcisnęły na nich swoje piętno. Biscayne’owie mieli jaśniejsze włosy, odziedziczone po prababce, ale ich okrągłe oczy, proste i mocno zarysowane nosy oraz wydatne kości policzkowe z pewnością pochodziły od Benedicta
W mglistą noc po Nowym Orleanie rozpełzał się zapach rzeki Missisipi. Jadąc uliczkami
Tak, to na pewno to.
Zobaczyła zakręt i wzięła go ostro, licząc, że zgubi prześladowcę, ale źle oceniła
pod cienkim prześcieradłem to jednak O1ivia? Boże, nie! Mało brakowało, a wyszedłby, ale
Potrzebował, jej zdaniem, czegoś, co jej babka określała mianem kopa w tyłek. O ile
poręcz. Z kozią bródką i gładko wygoloną głową, w zdecydowanie za dużej marynarce. Nieco
Przekonany, że powiedziała mu już wszystko, co zdołała sobie przypomnieć, Bentz także
– Powiem to raz: nie byłem wczoraj u Shany, o czym się dowiesz, gdy sprawdzisz jej
żeby do niej zadzwonić, i zauważył starszego mężczyznę z cygarem w ustach. Opierał się o
– Jest w szoku – stwierdził starszy facet z cygarem.

niewyjaśniona pozostaje tylko nieobecność Danny’ego. Kolejna sprawa do naszych raportów.

co chcesz powiedzieć. Że nie było żadnego Griffina, żadnego przyjaciela z dzieciństwa. Ale mylisz się. On istniał. - Zamrugała kilka razy, przypominając sobie długie, samotne lata dorastania. - Dla mnie on istniał. Adam wziął jej ręce w swoje dłonie. - Jeśli był dla ciebie realny, to istniał. Wtedy. A teraz? Potrząsnęła głową, powstrzymując łzy. - Teraz wiem, że był wytworem mojej wyobraźni. - Ale wtedy potrzebnym. - O tak! - Pociągnęła nosem i przygryzła wargę, przypominając sobie noce, gdy wychodziła przez okno, wspinała się na dach i wpatrywała się w gwiazdy. Obok niej zawsze siedział Griffin. Gotów ją złapać, gdyby się zsunęła, gotów ją pocieszać... Nigdy jej nie zawiódł w przeciwieństwie do innych, w przeciwieństwie do starszego brata, który skradał się korytarzem i wślizgiwał do jej pokoju i do pokoju Kelly, wstrętny, śmierdzący piwem, oblepiający jej policzki plugawymi pocałunkami. W przeciwieństwie do matki, która jej nie wierzyła. W przeciwieństwie do ojca, który rzadko bywał w domu i nigdy nie interesował się swoimi dziećmi. - Griffin był potrzebny - przyznała. - Tak jak Kelly teraz? - zapytał delikatnie. Potrząsnęła głową. Nie rozumiał. Nikt nie rozumiał. - Kelly istnieje, Adamie - upierała się. - Istnieje, tak jak ja istnieję. Rozdział 28 Reed rozsiadł się w swoim komfortowym fotelu przed telewizorem. Płaski ekran, trzydzieści sześć cali. Telewizor był naprawdę ekstra, kosztował majątek, ale Reed go uwielbiał. Postanowił najpierw zjeść gówniany obiad z mikrofalówki, zerkając przy okazji na mecz, a potem pokręcić się koło domu Caitlyn Bandeaux. Poprosił Morrisette, żeby trochę poobserwowała dom i zgodziła się, mimo że jej córka właśnie przechodziła ospę wietrzną. Reed musiał trochę odpocząć. Pracował dwadzieścia cztery godziny na dobę i czuł, że trzeba nieco wyhamować, spojrzeć na wszystko z perspektywy. Zanim Caitlyn Bandeaux znów zatrzaśnie ci drzwi przed nosem. Do diabła. Bravesi przegrywali siedem do jednego pod koniec ósmej zmiany, dwóch zawodników zostało usuniętych. Kiepsko to wyglądało. Metsi mieli dobrą passę. Reed popił obiad piwem, wyrzucił plastikowy talerz do kosza i wyłączył telewizor. Gdy tylko wyszedł, zadzwoniła komórka. Odebrał, wsiadając do swojego el dorado. - Reed, słucham. - Cześć, to ja. - Usłyszał głos Morrisette. - Już jadę. - W samą porę. Opiekunka dzwoniła dwa razy. - Gdzie jesteś? - W bocznej uliczce naprzeciwko małego baru, który nazywa się Nickleby’s. - Podała mu adres. - I wiesz co, nasza wdowa ma chyba randkę. Z tym swoim doktorkiem. Piją drinki. Wyglądają na naprawdę bliskich znajomych. Ciekawe. - Będę za dwadzieścia minut. - Wyjechał z podjazdu i ruszył w kierunku miasta. Po chwili znów zadzwonił telefon. Pewnie opiekunka ponaglała Morrisette.
Czy jest na tyle podobna do pierwszej żony Bentza, że mogłaby ją udawać? Czy ma coś
zajęło mi wiele lat.

strony... Spojrzała na statyw i wycelowała. Dawaj, dasz radę! Szybciej! Czas ucieka!

trudem łapała oddech.
- Wszystko będzie dobrze, Kimmy - wymamrotał. - Obiecuję ci: wszystko
interesie zarówno dziecka, jak i miasta. W gruncie rzeczy skoncentrujemy się na dwóch

gryzło, że przemilcza przed nim fakt, iż jest w ciąży. Nie zniosą więcej tajemnic, ich związek

wprawdzie młodsza, ale on w obecnym stanie sprawia wrażenie dziecka.
- Jeden z agentów, którzy pracują nad tą sprawą, mógłby chcieć się mścić.
dostrzegła czerwone smugi.